W lesie.
Jak to możliwe, że natura daje mi tyle przestrzeni?
Podczas gdy, sama jest gęsta, wypełnioną po brzegi, aż do przesytu.
Ilość organizmów na metr sześcienny lasu – nie wiem jak to zliczyć.
Ilość bodźców przekracza możliwości ludzkich zmysłów. Atakują non stop. Nigdy odpoczynku.
A jednak moje tętno zwalnia. Rozgaszczam się w oddechu. Robię wdech, wydech – przeciągam…
Idę. Mój wzrok ciągną korony. Przytulam dłoń do pnia, a potem obejmuje jak przyjaciela. Moje ciało jest swobodne. Jeśli chce skakać robię to.
Przyroda nie udaje. Jest czym jest.
Brutalna szczerość łańcuchów pokarmowych.
Wypada robić to co służy przetrwaniu. Ale nigdy nie zabija z nadmiarem.
Zwierzęta i rośliny nie porównują się, każdy ma nadzieję być najsilniejszy, inaczej jak by przetrwał?
Nie chowa urazy. Matka zjedzonej sarenki nie ma pretensji do wilka.
Borówka rodzi tyle owoców, że starcza i na pokarm i na nowe krzewy.
Współpracuje, nie z oczekiwania wzajemności, kalkulacji ryzyka zysków i strat. Tylko dlatego że to jest uzasadnione praktyką.
Współdziałanie gwarantuje przetrwanie dzięki równowadze.
Przypadkowość i niespodziewane zdarzenia są obecne. Ani dobre ani złe.
Po prostu nad ich skutkami natura przechodzi w następny dzień.
Nie ocenia.
Nie wyśmiewa się.
Każdy organizm dostał szansę – żyje.
Na koniec spaceru, na małej polanie pozwalam dotykać się promieniom słońca.
Współuzależniona, korzystam z możliwości syntezy witaminy D.
Kumuluje energię, cieplną i psychiczną – w jakiś sposób słońce dodaje odwagi.
Na dwie godziny zwolniłam się z uczestnictwa w ludzkim rozumieniu świata.
Wracam tam swobodniejsza.
Bez przymusu nadawania znaczeń każdej interakcji.
Jako obserwator zdarzeń, wiem, że mogę pominąć niektóre reakcje.